wtorek, 15 stycznia 2013

Ateista cz.9


                Uciekaliśmy bez przerwy. W końcu dotarliśmy do jakiegoś lasku. Postanowiłem, że urządzimy sobie postój.
                Gdy usadowiłem się pod pierwszym lepszym drzewem, na myśl przyszło mi, że miło by było, udać się do jakiegoś niedostępnego rejonu świata. Miejsca gdzie mógłbym sobie odpocząć.
                - Nie masz przypadkiem czytnika, co nie? – zagadnąłem do Ewy. Ta, jak zawsze od początku naszej krótkiej znajomości, mnie zaskoczyła. Wyciągnęła tablet z motocykla i mi go podała.
                Gdy włożyłem dysk do gniazda, program automatycznie otworzył zawartość. Nie musiałem się męczyć z manualnym obchodzeniem zabezpieczeń plików.
                Pierwsze co sprawdziłem, to folder z zakładką „Ściśle tajne”. Tam odkryłem lokalizację pewnego ośrodka badawczego w okolicach… no cóż… Częstochowy. „Najciemniej pod latarnią”  przeleciało mi przez myśl.
                Tajne materiały przejrzałem w pierwszej kolejności. Wynikało z nich, to co już mniej więcej widziałem i z czego mogłem stworzyć obraz sytuacji, która nas czekała. Te informacje, po prostu pomogły mi, uzupełnić ten obraz. Jednakże problem powstawał taki, że Kościół już się pewnie domyślił, po co był ten atak, a protokoły bezpieczeństwa zostały już z całą pewnością wprowadzone.
                Popatrzyłem na Ewę i pomyślałem sobie, że pomysł frontalnego ataku przypadł by jej do gustu. A potem, na myśl przyszła mi Atena. Jej ruda grzywka, piękna twarz, ona sama skąpana w blasku porannego słońca… marzenie. Poczułem ciepło zalewające me ciało i nie był to efekt Słońca.
                Wróciłem do przeglądania dokumentów. Po jakiejś godzinie znałem wszelkie plany ośrodka, ilość członków Gwardii tam stacjonujących, naukowców etc. Znalazłem także plany egzekucji naukowców, związanych z projektem „Aquilonem”. Wśród nich znalazłem nazwisko mojej matki… i jej egzekutora. Zgadnijcie kto się nim okazał. Tak, dobrze kombinujecie. To był mój ukochany stryj. Marek Zabłocki alias Kret, agent Inkwizycji. W tamtym momencie, przepełniła mnie chęć natychmiastowego odwetu. Odwetu za te wszystkie lata mego życia, kiedy nie mogłem pogadać z moją matką, ani jej przytulić. Żal i gniew przepełniły mnie tak bardzo, że zacząłem boksować drzewo, pod którego cieniem się ukryłem. Boksowałem je drąc się w niebogłosy, aż do zdarcia kostek… a potem boksowałem dalej, aż do utraty tchu. Ewa mnie nie powstrzymywała. Albo jej to nie obchodziło, albo wiedziała co człowiekiem kieruje, że rzuca się na bezbronne drzewo.
                Gdy osunąłem się na ziemię, zmęczony z pustym wzrokiem i łzami spływającymi po policzkach, Ewa podeszła i obandażowała mi ręce. Mocno i profesjonalnie. Przez chwilę siedziałem w  bezruchu, aż wyciągnąłem zza pazuchy odtwarzacz, włożyłem słuchawki i odpaliłem playlistę Godspeed You! Black Emperor - jedyną w sumie muzykę, jakiej słuchałem, jeśli nadarzała się taka okazja. Teraz po prostu, była narzędziem zapomnienia.
                Gdy w końcu pozbierałem się do kupy, zachód Słońca był już w końcowej fazie.
                - Komu w drogę temu czas Ewo. Jedziemy. – powiedziałem to najobojętniejszym tonem, na jaki mnie było stać. Zemsta nie miała sensu. Stryj w sumie swoje winy odkupił. Wychował mnie na wroga organizacji, dla której kiedyś sam służył. A ja i tak bym go teraz nie zabił. Starzec, najbliższa mi osoba, no i chory. Śmiertelnie chory. Poza tym, miałem ważniejsze sprawy na głowie.
                Całą noc jechaliśmy. Bez wytchnienia, bez postoju. Bandyci, mutanty – to nas teraz nie obchodziło… a przynajmniej mnie. Najważniejsza była misja.
                Po około 7 godzinach dotarliśmy w okolicę Częstochowy. Jednakże nie myślcie sobie, że Częstochowa była taka, jak dawniej. Jedyne, co się przed nami rozciągało, to radioaktywne ruiny. Jedynym symbolem dawnej świetności, był klasztor. To wszystko co pozostało, ze (dla niektórych) świętego miasta.
                Sprawdziłem jeszcze raz lokalizację ośrodka. Najbliższe wejście znajdowało się 2 kilometry na zachód od klasztoru. „Niewiele. Stąpamy po krawędzi brzytwy.”
                - Wstąpimy jeszcze do klasztoru. – rzekłem do Ewy.
            - Czy to aby najlepszy pomysł, szefie?rzekła to z wyraźną dezaprobatą.
                - Jeśli Ci to wadzi ,możesz odstąpić w każdej chwili. Już Cię tu nie trzymam. – wyciągnąłem z kieszeni moduł płatniczy. - Tu masz resztę wynagrodzenia. Jeśli chcesz to bierz i odjeżdżaj. Poradzę sobie sam. – ostatnie słowo wypowiedziałem z rezygnacją, którą rozpoznałby nawet mało okrzesany dzieciuch.
                - Ahahahahaha! – roześmiała się tym swoim psychopatycznym śmiechem. - Oj szefuńciu, szefuńciu. Ty to jednak masz jaja, żeby o coś takiego prosić taką kobietę, jak ja.
                - Kobieta, to chyba słowo użyte trochę w nadmiarze. – odpowiedziałem sarkastycznie. Oczywiście Ewa żartu nie załapała i spiorunowała mnie wzrokiem, swych pięknych oczu.
                - Dobra. Koniec tej pogawędki. Ruszamy. – do klasztoru dojechaliśmy w 10 min. Żadnej ochrony, niczego. Gdy przekroczyliśmy próg i weszliśmy do obszernej nawy głównej, cisza była wręcz namacalna. Jedynie nasze kroki ją przerywały. Ruchem ręki, nakazałem Ewie sprawdzić wejście na wyższe kondygnacje. Sam, ostrożnie posuwając się do przodu, sprawdziłem najniższy poziom. Dotarłem do absydii. Chwilę tam stałem i rozmyślałem, czy życie „owieczki” rzeczywiście jest takie złe? W końcu ta błoga nieświadomość nimi kierująca… Człowiek przejmuje się tylko tym, by dobrze wypaść przed Bogiem. I to wszystko. Takie proste…
                Z rozmyślań wybił mnie dźwięk otwieranych drzwi. Lufa Pioruna migiem popatrzyła w stronę zakrystii. Wyszedł z nich starszy jegomość w białym habicie.
                - Witaj synu. Co cię tu sprowadza? – zapytał lekko kaszląc i podpierając się o lasce.
Celowałem w niego przez cały czas, ale nie wyglądał na przerażonego. Nie wyglądał nawet na lekko wystraszonego. Postanowiłem wyjawić mu mój powód, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, on odezwał się pierwszy.
                - Pewnie razem z przyjaciółką szukacie Ośrodka, czyż nie? Nie patrz tak na mnie synu. To mój klasztor, mój kościół. Dobrze wiem co się w nim dzieje.  – odkaszlnął kilka razy i usiadł na jedynym siedzisku, jakie udało mi się odnaleźć wzrokiem – Jesteście pierwszymi, którzy próbują się tam dostać. I mam wrażenie, że jedynymi, którym się to uda. Kto wie, może nawet wyjdziecie stamtąd żywi?
                - Myślałem, że Bóg zna wszystkie odpowiedzi. – odpowiedziałem zgryźliwie.
                - Nie wierz w te bujdy synu. Bóg już dawno temu opuścił ten świat.
                - To dlaczego tu zostałeś i dlaczego nadal nosisz ten habit?
                - Bo to mój dom. To jedyne życie jakie znam. Przed Wojną, to może i On był, ale teraz? – odpowiedział rozkładając ręce.
                - Przed Wojną? Ale musiałbyś mieć wtedy około 170 lat. Żaden człowiek nie da rady tyle przeżyć. – i wtedy obrócił na mnie ten wzrok. Ten przeszywający na wskroś rzeczywistość i duszę człowieka, wzrok. I wtedy zrozumiałem. On nie był człowiekiem… a przynajmniej nie w takim znaczeniu z jakim nam się człowiek kojarz.
                - Czym jesteś?
                - Czymś, czym ty nigdy byś nie chciał zostać. Jestem czymś na kształt, jak to się określa, długowiecznego. Kiedyś umrę, ale jeszcze nie teraz. Jestem po prostu nieudanym eksperymentem, jak mnie określali moi oprawcy. – rozkasłał się po raz kolejny.
                Popatrzyłem na niego i wiedziałem, że niczego od niego już dziś nie usłyszę. Po prostu to czułem całym sobą. Obróciłem się na pięcie i zawołałem za Ewą. Znalazła się przy mnie w około minutę. Oczywiście widząc staruszka, automatycznie wzięła go na muszkę, ale powstrzymałem ją ruchem ręki.
                - Nic tu nie ma. Jedziemy. Gotuj się na piekło mała… nie wrócimy stamtąd. – uśmiechnąłem się lekko, a potem - przygotowując arsenał - znacznie mocniej, ponieważ uświadomiłem sobie, że ja jestem szczęściarzem, a to ten staruszek żyje w piekle. Szczęściarzem, bo ja będę martwy w ciągu paru godzin, a on będzie musiał oczekiwać Śmierci jeszcze lata. Szczęściarzem, ponieważ zaznałem choć trochę miłości. Szczęściarzem… no cóż, bo zginę walcząc ramię w ramię z osobą, która nie ma mojego losu gdzieś (choćby to było tylko z powodu tego, że jej płacę).
                Po przygotowaniu i uruchomieniu silników, skinąłem na Ewę i ruszyliśmy. 2 kilometry pokonaliśmy w niecałe 5 minut, mimo wszechobecnego gruzu, ale gdy zbliżyliśmy się do wejścia, teren nagle się przed nami otworzył. Gruz i zgliszcza zostały stąd usunięte.
                Pierwszy pocisk SWARM był przeznaczony dla wieżyczek strażniczych, drugi dla samych strażników, a trzeci, kumulacyjny, na wyrwanie otworu w drzwiach pancernych. Z dużą prędkością wbiliśmy się do tunelu, który prowadził nas wprost do jądra ciemności. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz