Zostaliśmy przyciśnięci ogniem
wieżyczek strażniczych i samych strażników. Aluminiowe pociski, wyrzucane z
pięciokrotną prędkością dźwięku, przebijały stalowe belki, za którymi się
kryliśmy, niczym masło. Granatów EMP mieliśmy po jednej sztuce na łebka. Nie
chciałem ich jeszcze teraz marnować, więc dobyłem granatnik i strzeliłem na
oślep SWARMem. Usłyszałem dwie głośniejsze eksplozje i krzyk konających
strażników. Wychyliłem się, żeby zobaczyć korytarz. Był spowity w ogniu i
dymie.
- Czysto! Ruszamy! – krzyknąłem do Ewy i ruszyłem na szpicy,
omiatając sytuację, przy okazji dobijając strażników nożem. Gdy dotarliśmy do
pierwszej śluzy, napotkaliśmy opór ciężko zbrojnych strażników. Granat
fosforowy w takiej sytuacji, to wręcz idealne rozwiązanie. Krzyk smażących się
strażników, był mi niczym miód na duszę. Nie marnowaliśmy na nich amunicji.
„Macie na co zasłużyliście skurwiele… przedsionek piekła” przeszło mi przez
myśl.
Przełamałem się przez
zabezpieczenia i otworzyłem śluzę. Potem, przebijając się przez lekki opór,
dotarliśmy do widny towarowej.
- Wiedzą, że nadchodzimy, więc szykuj broń. - przeładowałem Pioruna, a także Szrapnela
i dodatkowo sprawdziłem Exitium. Wszystko przygotowane na najgorsze.
Gdy otworzyły się drzwi,
rzuciłem Paraliż i oczyściliśmy atrium w niecałe 10 sekund. Żaden z członków
ochrony nie zorientował co się dzieje. I wtedy popełniłem błąd. Nie
sprawdziłem, czy wszyscy są rzeczywiście martwi. Ewa dostała „pestką” po dolnej
krawędzi pancerza. Nie byłoby aż takiego problemu, gdyby nie to, że broń z
której rzeczona „pestka” została wystrzelona, to Sokół. Karabin wyborowy, na
pociski kalibru 12.7 mm.
Gdy Ewa padła z jękiem na
podłogę, doskoczyłem do strażnika i wbiłem mu nóż w podstawę czaszki, a potem z
wściekłości, jeszcze paręnaście razy w twarzoczaszkę.
Podbiegłem do Ewy, żeby obejrzeć
ranę, ale dziewczyna wiedziała lepiej.
- Szefie, przykro mi to mówić, ale to koniec naszej wspólnej przygody.
– powiedziała to z trudnością, spluwając krwią.
- Co ty pierdolisz, to tylko draśnięcie. – zaśmiałem się lekko,
próbując podtrzymać ją na duchu.
- Hehehe… - kaszlnęła jeszcze parę razy – wiadomo, ale jednak to draśniecie będzie tym o jednym za dużo. –
zaczęła brać spazmatyczne wdechy – Wybacz
szefuńciu. – I wtedy zwiotczała mi w rękach. I już widziałem, że jest
martwa, ale dla pewności sprawdziłem oddech i tętno. Niczego nie wyczułem.
Zamknąłem jej powieki, ucałowałem w policzek i przykryłem ciało znalezioną
płachtą. Zabrałem amunicję i broń i ruszyłem dalej, do Centrum Kontroli.
Kierująca mną furia, sprawiła,
że cały trening walki jaki przeszedłem, stał się o 100% skuteczniejszy. Opór
jaki napotkałem, był dla mnie niczym bieg przez schronisko, pełne
szczeniaczków.
Strzał. Eksplozja. Seria po
głowach przeciwników. Ich mózgi na ścianach. Ja skąpany w szczątkach ich ciał i
krwi. Jej smak na moich ustach. Cudowny. Koniec amunicji. Dobycie Exitium. Dalsza
hekatomba. Rzut Ex 12. Eksplozja. Wszędzie szczątki. Cisza. Ani jednej żywej
duszy. I wtedy to słyszę. Jęczenie. Podchodzę. Dobywam noża. Skracam
cierpienie. Szkoda amunicji. Docieram do upragnionego miejsca. Centrum
Kontroli. Łamię zabezpieczenia. Wchodzę do środka omiatając pomieszczenie.
Dostrzegam mężczyznę. Odwraca się do mnie.
- Witaj Niki. – mówi to ze szczerym, pogodnym uśmiechem na twarzy.
Wręcz ojcowskim… zaraz… te rysy twarzy… te oczy…
- Ty skurwysynu! – wydobywa się z mego gardła zwierzęcy ryk. Pociągam
za spust. Huk wystrzału. Pocisk trafia w nadbrzusze. Cel pada na podłogę wijąc
się z bólu. Dopadam go i przykładam broń do skroni. – Ty kutossaku! – uderzam cel w głowę, kolbą Exitium. – Ty fiucie jebany! Matka nie żyje, a ty sobie
tu egzystujesz?! Pracując dla wroga?! – w gniewie uderzam jeszcze raz.
- Poczekaj… poczekaj… - cel szepcze błagalnym tonem – muszę Ci coś pokazać… synu. – wyciąga
rękę i wbija kod na klawiaturze. Maszyneria zaczyna swe piekielne granie.
Naprzód wysuwają się komory, w których tkwi to, czego bym się nie spodziewał.
To, czego nie było w opisie Projektu.
- To… - słowa więzną mi w gardle – to… ja…
- Dokładnie synu. Broń idealna i właśnie to udowodniłeś. Dokonałeś tego,
czego nikt inny nie potrafił. Żaden Ateista. Dotarłeś tutaj… w całości… do
tego… Jądra Ciemności. Projekt zakończył się sukcesem… – nie zastanawiam
się. Przykładam broń do oczodołu celu. Pociągam za spust. Huk wystrzału i
chlubot czaszki. Cel pada wiotki i martwy.
A potem patrzyłem przez,
wydawałoby się, wieczność na te wszystkie kapsuły z płynem, w których tkwiłem.
Broń idealna – słowa, jakby przez cały czas, krążyły po pomieszczeniu.
Podchodzę do terminalu. Ściągam wszelkie pliki i kopie plików, do
pamięci Ośrodka. Ze wszystkich innych ośrodków, a także z każdej Metropolii,
archidiecezji, dekanatu i czegokolwiek, gdzie znajdowały się dane. Przeciążam
reaktor łukowy, siadam przy ciele ojca i czekam popijając whiskey z piersiówki,
którą dostałem od Ateny.
Aż w końcu dochodzi do detonacji. Czuję jak fala ciepła i powietrza
mnie omiata, unosi w powietrze. Wynosi ponad najwyższe górskie szczyty. Wynosi
w mrok przestrzeni kosmicznej. Rozpędzam się coraz bardziej. Udaję się w biel
prędkości świetlnej. Czuję czyjąś, coraz bliższą obecność… kto wie, może Bóg
jednak istnieje?
I wtedy się budzę. Religia. Pani magister, mówi coś o tajemnicach
kościelnych. Patrzę na ławkę na której spałem. Ośliniona. Pytam się kumpeli ile
spałem? Odpowiada, że jakieś pół godzinki. Czyli większość lekcji. W chwilę
później dzwonek. Czas spakować zeszyt i do biblioteki coś poczytać. A w
bibliotece, ciągle myślę, że to był tylko sen. Sięgam za pazuchę munduru…
wyczuwam coś metalowego. Piersiówka?