czwartek, 10 stycznia 2013

Ateista cz.6


                O świcie postanowiłem się przebiec, dla oczyszczenia umysłu. Nie wyszło mi to zbyt dobrze. Umysł ciągle zaprzątały mi myśli czarnych scenariuszy, co do najbliższej przyszłości. Zastanawiałem się, czy w kluczowej fazie operacji nie załamię się i czegoś nie spieprzę. Do tej pory, zabijanie ludzi przychodziło mi dość mechanicznie. Nie odczuwałem nic gdy wpakowywałem w ich ciała ołów, lub klingę. Teraz obawiam się, że mogę zacząć odczuwać wyrzuty. W mojej sytuacji to będzie bardzo niepożądane.
                Gdy wróciłem, śniadanie było już przygotowane. Atena stała przy oknie i obserwowała wschodzące słońce z kubkiem w ręku. Po zapachu wnioskowałem, że to  jakiś rodzaj alkoholu.
- Tak przed południem? – żachnąłem się.
- Jestem już dużą dziewczynką. Mogę robić co chcę… tatusiu . – odpowiedziała sarkastycznie i zmarszczyła nos. – Nieprzyjemnie pachniesz. Idź się wykąp.
- Tak jest, pani kapitan. – zasalutowałem i udałem się pod natrysk. Woda była ciepła. Przyjemna. Jak zawsze, po ciepłej przyszła kolej na zimną. Od dawien dawna tak robiłem. Bardzo przyjemne uczucie.
Gdy zjedliśmy śniadanie, obgadałem z Ateną szczegóły, co do możliwych miejsc przechowania broni i czy przypadkiem nie zna kogoś dobrze wyszkolonego i chętnego do pomocy.
- Cóż… znam jedną dziewczynę. W mniej więcej twoim wieku. Porywcza, ale jak trzeba to umie się pohamować. Specjalistka, jeśli chodzi o CQC*.
- Możesz ją ze mną skontaktować?
- Raczej tak. Większych problemów mieć nie powinnam.
- To dobrze. – chwilę się zastanowiłem – Masz może jakieś dane dotyczące projektu Aquilonem?
- Niestety nie. Dokładne dane posiada Wasilij…
- Byłem już u niego. – przerwałem jej wypowiedź – Ktoś inny, może?
- Z pewnością paru naukowców z jego zespołu. W każdym razie, on miał wszelkie dane, więc jeśli wszystko u niego przejrzałeś, to nic nowego nie znajdziesz.
Co prawda zasoby informacyjne u Wasilija były potężne, ale liczyłem na to, że znajdzie się jeszcze trochę. Musiałem być dobrze przygotowany.
- Zostanę tu jeszcze na trochę. Muszę ochłonąć.
- Chcesz porozmawiać? – spytała patrząc na mnie tymi swoimi pięknymi, zielonymi oczyma.
- To chyba będzie dobry pomysł.
Przez następne parę godzin, rozmawialiśmy o moich obawach i odczuciach. W sumie to ja wiele mówiłem, ona analizowała, a potem dawała mi rady. Muszę przyznać, że były bardzo pomocne.
Pozostałem u Ateny jeszcze dwa dni. Potem spakowałem sprzęt, pożegnałem się z nią (jeśli wiecie co mam na myśli) i ruszyłem spotkać kobietę o której mi mówiła. Na pożegnanie otrzymałem od niej piersiówkę, w czarnym, matowym kolorze. Była wypełniona whiskey, które Atena spożywała każdego dnia o świcie.
Miejsce spotkania, było umówione w miasteczku Łęczka.
Pierwszy kontakt wzrokowy i już wywarła na mnie wrażenie twardej laski. Rozmowa utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Poza tym była bezpośrednia, a ja lubię takie osoby.
- No, to jakie wynagrodzenie za tą robotę?
- Przecież nie wiesz nawet, na co się piszesz. – odrzekłem.
- Chłopaczku, jestem spluwą do wynajęcia. Zazwyczaj chodzi o rozpieprzenie czegoś, lub kogoś. Ta robota pewnie nie będzie się za specjalnie różniła.
- W sumie… masz rację. – odrzekłem mimochodem. – 1 mln augusów. Co ty na to?
- Fiu fiu. Niezła sumka. To kto sobie tak poczyna, że masz zamiar dać mi milion, za zlikwidowanie tego kogoś? – spytała popijając piwem.
- Kościół. – odrzekłem lakonicznie. Ostatniego łyka przełknęła naprawdę ciężko. Odstawiła kufel, spojrzała na mnie ciężkim wzrokiem. Patrzyła na mnie przez kilka sekund, a potem wybuchnęła salwą śmiechu. Był trochę przerażający.
- Kościół?! Hahahahahahahaha. No chyba sobie jaja robisz? – najwidoczniej, wyraz mojej twarzy wyprowadził ją z błędu, bo natychmiast umilkła. Strzyknęła przez zęby śliną i zmierzyła mnie wzrokiem. – Dobra… niech będzie i Kościół, ale nie za taką sumę.
- A więc ile?
- 5 razy więcej i załatwiasz mi ten sprzęt. – podsunęła mi kartkę, na której widniało kilka modeli broni, ładunków wybuchowych i pancerzy. – Z broni ,masz mi załatwić jeden karabin szynowy i strzelbę taktyczną, z materiałów wybuchowych, ładunki termo baryczne i parę kryształów  hekslidu wraz z detonatorami akustycznymi.
- Będziesz po tym ustawiona do końca życia. A pancerz? Do wyboru do koloru?
- Byle nie różowy. – odpowiedziała sarkastycznie.
- Załatwione. Bądź tu jutro w południe. Dostaniesz sprzęt i  połowę zapłaty. – odrzekłem z koniecznym naciskiem.
- Załatwione. Piwko?
- Nie, dzięki. Przy okazji, masz być trzeźwa.
- Taa jest, panie sierżancie. – wstała i zasalutowała koślawo, odwzajemniłem gest w identyczny sposób.
Wyszedłem z baru i udałem się do hotelu. Po drodze spotkałem paru drabów. Chcieli mnie okraść. Źle się to dla nich skończyło. Jednemu wyrwałem grdykę, drugiemu, jego własną, złamaną rękę, wbiłem w skroń docierając do mózgu, a ostatniemu wpakowałem toporek bojowy w prawe nadbrzusze. Skamlał i prosił o dobicie. Nie spełniłem jego próśb. Z pewnością umierał jeszcze parę godzin, bo nie trafiłem w żadną arterię.
Resztę nocy, spędziłem na kompletowaniu sprzętu dla najemniczki. Przy okazji, miała na imię Ewa.


*CQC (ang. Close Quarters Combat) - walka na małe odległości

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz