O świcie postanowiłem się
przebiec, dla oczyszczenia umysłu. Nie wyszło mi to zbyt dobrze. Umysł ciągle
zaprzątały mi myśli czarnych scenariuszy, co do najbliższej przyszłości.
Zastanawiałem się, czy w kluczowej fazie operacji nie załamię się i czegoś nie
spieprzę. Do tej pory, zabijanie ludzi przychodziło mi dość mechanicznie. Nie
odczuwałem nic gdy wpakowywałem w ich ciała ołów, lub klingę. Teraz obawiam
się, że mogę zacząć odczuwać wyrzuty. W mojej sytuacji to będzie bardzo niepożądane.
Gdy wróciłem,
śniadanie było już przygotowane. Atena stała przy oknie i obserwowała
wschodzące słońce z kubkiem w ręku. Po zapachu wnioskowałem, że to jakiś rodzaj alkoholu.
- Tak przed
południem? – żachnąłem się.
- Jestem już
dużą dziewczynką. Mogę robić co chcę… tatusiu . – odpowiedziała sarkastycznie
i zmarszczyła nos. – Nieprzyjemnie
pachniesz. Idź się wykąp.
- Tak jest,
pani kapitan. – zasalutowałem i udałem się pod natrysk. Woda była ciepła.
Przyjemna. Jak zawsze, po ciepłej przyszła kolej na zimną. Od dawien dawna tak
robiłem. Bardzo przyjemne uczucie.
Gdy zjedliśmy śniadanie, obgadałem z Ateną szczegóły,
co do możliwych miejsc przechowania broni i czy przypadkiem nie zna kogoś
dobrze wyszkolonego i chętnego do pomocy.
- Cóż… znam
jedną dziewczynę. W mniej więcej twoim wieku. Porywcza, ale jak trzeba to umie
się pohamować. Specjalistka, jeśli chodzi o CQC*.
- Możesz ją ze
mną skontaktować?
- Raczej tak.
Większych problemów mieć nie powinnam.
- To dobrze.
– chwilę się zastanowiłem – Masz może
jakieś dane dotyczące projektu Aquilonem?
- Niestety
nie. Dokładne dane posiada Wasilij…
- Byłem już u
niego. – przerwałem jej wypowiedź – Ktoś
inny, może?
- Z pewnością
paru naukowców z jego zespołu. W każdym razie, on miał wszelkie dane, więc
jeśli wszystko u niego przejrzałeś, to nic nowego nie znajdziesz.
Co prawda zasoby informacyjne u Wasilija były
potężne, ale liczyłem na to, że znajdzie się jeszcze trochę. Musiałem być dobrze
przygotowany.
- Zostanę tu
jeszcze na trochę. Muszę ochłonąć.
- Chcesz
porozmawiać? – spytała patrząc na mnie tymi swoimi pięknymi, zielonymi
oczyma.
- To chyba
będzie dobry pomysł.
Przez następne parę godzin, rozmawialiśmy o moich
obawach i odczuciach. W sumie to ja wiele mówiłem, ona analizowała, a potem
dawała mi rady. Muszę przyznać, że były bardzo pomocne.
Pozostałem u Ateny jeszcze dwa dni. Potem spakowałem
sprzęt, pożegnałem się z nią (jeśli wiecie co mam na myśli) i ruszyłem spotkać
kobietę o której mi mówiła. Na pożegnanie otrzymałem od niej piersiówkę, w
czarnym, matowym kolorze. Była wypełniona whiskey, które Atena spożywała
każdego dnia o świcie.
Miejsce spotkania, było umówione w miasteczku
Łęczka.
Pierwszy kontakt wzrokowy i już wywarła na mnie
wrażenie twardej laski. Rozmowa utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Poza tym
była bezpośrednia, a ja lubię takie osoby.
- No, to jakie
wynagrodzenie za tą robotę?
- Przecież nie
wiesz nawet, na co się piszesz. – odrzekłem.
- Chłopaczku,
jestem spluwą do wynajęcia. Zazwyczaj chodzi o rozpieprzenie czegoś, lub kogoś.
Ta robota pewnie nie będzie się za specjalnie różniła.
- W sumie…
masz rację. – odrzekłem mimochodem. – 1
mln augusów. Co ty na to?
- Fiu fiu.
Niezła sumka. To kto sobie tak poczyna, że masz zamiar dać mi milion, za
zlikwidowanie tego kogoś? – spytała popijając piwem.
- Kościół.
– odrzekłem lakonicznie. Ostatniego łyka przełknęła naprawdę ciężko. Odstawiła
kufel, spojrzała na mnie ciężkim wzrokiem. Patrzyła na mnie przez kilka sekund,
a potem wybuchnęła salwą śmiechu. Był trochę przerażający.
- Kościół?!
Hahahahahahahaha. No chyba sobie jaja robisz? – najwidoczniej, wyraz mojej
twarzy wyprowadził ją z błędu, bo natychmiast umilkła. Strzyknęła przez zęby
śliną i zmierzyła mnie wzrokiem. – Dobra…
niech będzie i Kościół, ale nie za taką sumę.
- A więc ile?
- 5 razy
więcej i załatwiasz mi ten sprzęt. – podsunęła mi kartkę, na której
widniało kilka modeli broni, ładunków wybuchowych i pancerzy. – Z broni ,masz mi załatwić jeden karabin
szynowy i strzelbę taktyczną, z materiałów wybuchowych, ładunki termo baryczne
i parę kryształów hekslidu
wraz z detonatorami akustycznymi.
- Będziesz po
tym ustawiona do końca życia. A
pancerz? Do wyboru do koloru?
- Byle nie
różowy. – odpowiedziała sarkastycznie.
- Załatwione.
Bądź tu jutro w południe. Dostaniesz sprzęt i połowę zapłaty. – odrzekłem z koniecznym
naciskiem.
- Załatwione.
Piwko?
- Nie, dzięki.
Przy okazji, masz być trzeźwa.
- Taa jest,
panie sierżancie. – wstała i zasalutowała koślawo, odwzajemniłem gest w
identyczny sposób.
Wyszedłem z baru i udałem się do hotelu. Po drodze
spotkałem paru drabów. Chcieli mnie okraść. Źle się to dla nich skończyło.
Jednemu wyrwałem grdykę, drugiemu, jego własną, złamaną rękę, wbiłem w skroń
docierając do mózgu, a ostatniemu wpakowałem toporek bojowy w prawe nadbrzusze.
Skamlał i prosił o dobicie. Nie spełniłem jego próśb. Z pewnością umierał
jeszcze parę godzin, bo nie trafiłem w żadną arterię.
Resztę nocy, spędziłem na kompletowaniu sprzętu dla
najemniczki. Przy okazji, miała na imię Ewa.
*CQC (ang. Close Quarters Combat) - walka na małe odległości
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz