środa, 9 stycznia 2013

Ateista cz.5


„A gdy otworzył czwartą pieczęć, słyszałem głos czwartego zwierzęcia mówiący: Chodź, a patrzaj!
I widziałem, a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było Śmierć, a Otchłań mu towarzyszyła…” Potem otworzyła się wielka paszcza ciemności i pochłonęła mnie.
Obudziłem się, zlany zimnym potem, dysząc ciężko. Koło mojej głowy leżała otwarta biblia. Po raz kolejny zastanawiałem się, po co ją przeglądam. Może chciałem zrozumieć wierzących, a może szukałem ich słabych stron? Tylko jak biblia miała mi w tym pomóc, nie wiem.
Po południu, Wasilij zabrał mnie do centrum w-wy na mały rekonesans. Ubrałem płaszcz z głębokim kapturem, żeby nie można mnie było rozpoznać. Wielkim problemem był elektroniczny system rozpoznawania twarzy i sposobu chodu, dlatego poruszałem się inaczej niż zwykle. Lekko kuśtykając i nie rozglądając się dokoła. 
Przeszliśmy w pobliżu budynku Metropolii. Był potężny. Zbudowany w kształt pierścienia, co zapewniało dobrą obronę w przypadku oblężenia, choć było to mało prawdopodobne. Ściany były matowe, pomalowane na czarno . Nad głównym wejściem w ścianie, był wykonany wielki krzyż ze szkła, sięgający od pierwszego do ostatniego piętra. Można było przez niego dostrzec małe postacie pracowników wewnątrz. Ochrona przy wejściu była symboliczna. 10 gwardzistów ustawionych co parę stopni schodów. Od frontu nie miałem zamiaru oczywiście wejść.
Wasilij powiedział mi, do kogo jako kolejnego mam się udać. Pani inżynier Atena Kołocka mieszkała obecnie w Szczytnie. Tak też wskazywał jej nadajnik. Patrząc na mapę i zapisy pozycji wychodziło na to, że wszyscy naukowcy którzy mieli jakiś związek z projektem „Aquilonem”, zamieszkiwali w miejscowościach dokoła w-wy. To ułatwiało sprawę, jednocześnie narażając to przedsięwzięcie na ryzyko. Jeśli Kościół znajdzie choć cień podejrzenia na członków ekipy badawczej, może sprawdzić miejsce ich rozlokowania. A jeśli ich dopadnie i wydusi z nich informacje, to cały ten plan legnie w gruzach.
Wasilij poinformował mnie, że Atena jest specjalistą od uzbrojenia i że powinna mieć niemałe zapasy broni i osprzętu, gdyby był mi potrzebny.
W tydzień później, gdy poszukiwania zelżały, wyprowadził mnie poza mury w-wy. Podziękowałem mu za pomoc i powiedziałem, żeby miał się teraz na baczności.
- Ahahahaha! Miej się na baczności? Przez cały czas mam się na baczności. Żyję znacznie dłużej na tym świecie niż ty. Wiem co robić, żeby przeżyć.
- Hm… no tak. W każdym razie do zobaczenia doktorze. – uścisnąłem mu dłoń i odszedłem po mój motocykl. Dopadło mnie dziwne przeświadczenie, że Wasilij nie jest godny zaufania. Nie miałem jednakże jak tego sprawdzić, więc nie zawracałem sobie tym na razie głowy.
Do Szczytna dotarłem pod koniec dnia. Pustynie przemierza się łatwo na motocyklu z silnikiem atomowym. Ogniwa wodorowe były teraz powszechnie stosowane. Niewyczerpane źródło energii zamiast paliwa, które co rusz się kończy i upadek przemysłu paliwowego gwarantowany. Co dziwne, Kościół aprobował i wspierał pomysł wprowadzenia tego źródła zasilania, na skalę światową. Można by powiedzieć, pomysł sprzeczny z ideą globalnej dominacji. Po co dawać coś, za co płaci się tylko raz? No a po to, żeby zdobyć kolejnych zwolenników swej polityki. I tak oto w niedługim czasie Kościół zajmował coraz dalsze sektory przemysłu światowego. Prywaciarze nie utrzymywali się zbyt długo w starciu z tak potężnym „wrogiem” jak Kościół, więc przyłączali się do niego żeby nie utonąć. No a potem nastąpiła Wojna. Do dziś utrzymuje się, że to Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, Irak, Chiny i Koreę Północną. Te naturalnie odpowiedziały na atak. No i doszło do takiej, a nie innej sytuacji. Prawie cały glob spopielony. A z tego popiołu, niczym Feniks, wyłonił się Kościół. Potężny jak nigdy. Żadnej konkurencji. A, że jako jedyny posiadał funkcjonujące zaplecze, dość szybko zdobył prawie całkowitą dominację światową. No, ale ktoś przeciwny zawsze pozostanie. Islamiści, buddyści, religia Janusza Chrystusa. Było tego od cholery, ale najzacieklejszym przeciwnikiem i tak okazali się ateiści. Sądzili, że po wojnie nie pozostanie żadna religia i nareszcie umysł zatryumfuje. No ale niestety, stało się tak, a nie inaczej.
Do Szczytna dotarłem nad ranem. Miasteczko było „otwarte”. Co rusz, gdzieś można było zauważyć patrole Gwardii. Nic nadzwyczajnego. Jednakże, posterunek Gwardii miał w posiadaniu kilka transporterów opancerzonych „Guziec”. Cholerstwa, nie dość, że były szybkie i odporne, to były także wyposażone w działka akustyczne Herz wz. 013. Działka te, potrafiły rozerwać istotę ludzką na strzępy, ale przeważnie były używane w formie broni obezwładniającej, do rozpędzania tłumu.
Najlepszym źródłem informacji, wydał mi się bar. Lokal był blisko „bram” miasta. Gdy przestąpiłem próg, uderzyła mnie woń pieczeni. Ślinka mi pociekła. Podszedłem do lady, zamówiłem piwo i specjał dnia. Był to smażony stek z bitymi ziemniakami i surówką z marchwi i selera. Danie palce lizać.
Po zakończonym posiłku, dowiedziałem się od właściciela lokalu, gdzie znajdę panią inżynier. Powiedział mi, że jej dom znajduje się niedaleko posterunku Gwardii. „Sprytne zagranie” pomyślałem. Dom miał być w formie piramidy.
- Trochę oczojebny, nie powiem.
- Wiecie jak jest. O gustach się nie dyskutuje. – barman odpowiedział rozkładając ręce.
- Tylko, że jeśli nie o gustach, to o czym? – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
- Hehe. Prawda. Salut za normalne projekty domostw. – wzniósł toast.
- Salut. - przechyliliśmy kieliszki.
Motocykl, przykryty płachtą, zostawiłem na parkingu przy barze. Do pani inżynier dotarłem na piechotę. Dom rzeczywiście był w kształcie piramidy. Zewnętrzna ściana była w całości wykonana ze szkła weneckiego. „Ciekawy pomysł dziewczyno”.
Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi je ponętna rudowłosa 40 latka. Była niższa ode mnie o głowę, miała owalną twarz, gładką cerę. Ubrana była tylko w koszulę, wyglądało na to, że w męską. W każdym razie, przyjemny widok dla oka.
- Mogę w czymś pomóc? – spytała. Jej głos był dźwięczny, hipnotyzujący. Przyjemny dla ucha.
- Em… - wyciągnąłem zdjęcie mej matki. Mina pani inżynier spoważniała.
- Wejdź.
W środku, dom był urządzony prawie w całości z włókien węglowych. Całość była koloru białego. Raziło w oczy.
- Przyjemny domek. – skomentowałem.
- Dziękuję. A więc, przejdziemy do biznesu, czy nadal masz zamiar zachwycać się mym lokum?
- Zachwycać się, to trochę nadużycie… - odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, ale wymowna mina pani inżynier, powstrzymała mnie przed kontynuowaniem wypowiedzi. - Przejdźmy do biznesu. Potrzebuję uzbrojenia najwyższej klasy.
- Lepiej trafić nie mogłeś. – zmierzyła mnie wzrokiem. – Ile masz właściwie lat?
- 24. Czy to robi pani jakąś różnicę?
- To zawsze robi jakąś różnicę. Chodź za mną.
Weszliśmy do małego pokoiku. Gdy Atena dotknęła malowidła na ścianie, ta otworzyła się i ukazał mi się pokój, ze znaczną ilością uzbrojenia.
- Do wyboru, do koloru. Zostawię Cię samego. Wybierz co chcesz.
Kompletowanie sprzętu zajęło mi parę godzin, jednakże gdy ukończyłem dobór uzbrojenia i osprzętu byłem zadowolony z efektu.
- Będę musiał to gdzieś ukryć. Masz jakąś kryjówkę? – zapytałem.
- Podam Ci współrzędne geograficzne.
- Dzięki wielkie.
Popatrzyłem jeszcze raz na sprzęt. „Będę to musiał zabrać na kilka razy”.
- To może teraz przejdziemy do innego… biznesu. – zaciągnęła ostatnie słowo w sposób, który nie pozostawiał złudzeń o co jej chodziło.
- Czemu nie. – odpowiedziałem.  
Zaplotła ręce na mym karku i pocałowała mnie mocno i namiętnie. Mógłbym się dziwić jej reakcji, ale przecież nie można się oprzeć takiemu mężczyźnie jak ja. 190 cm wzrostu, atletyczna budowa ciała, lekko kwadratowa szczęka, dobrze zarysowany podbródek. Można by powiedzieć, wcielenie Apollo.
 Resztę dnia i nocy spędziliśmy na dogłębnym „studiowaniu” swych ciał. Od bardzo dawna nie byłem tak wykończony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz