„A gdy otworzył czwartą pieczęć, słyszałem głos czwartego zwierzęcia
mówiący: Chodź, a patrzaj!
I widziałem,
a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było Śmierć, a Otchłań mu
towarzyszyła…” Potem otworzyła się wielka paszcza ciemności i pochłonęła mnie.
Obudziłem się, zlany zimnym potem, dysząc ciężko. Koło mojej głowy
leżała otwarta biblia. Po raz kolejny zastanawiałem się, po co ją przeglądam.
Może chciałem zrozumieć wierzących, a może szukałem ich słabych stron? Tylko
jak biblia miała mi w tym pomóc, nie wiem.
Po południu, Wasilij zabrał mnie do centrum w-wy na mały rekonesans.
Ubrałem płaszcz z głębokim kapturem, żeby nie można mnie było rozpoznać.
Wielkim problemem był elektroniczny system rozpoznawania twarzy i sposobu
chodu, dlatego poruszałem się inaczej niż zwykle. Lekko kuśtykając i nie
rozglądając się dokoła.
Przeszliśmy w pobliżu budynku Metropolii. Był potężny. Zbudowany w
kształt pierścienia, co zapewniało dobrą obronę w przypadku oblężenia, choć
było to mało prawdopodobne. Ściany były matowe, pomalowane na czarno . Nad
głównym wejściem w ścianie, był wykonany wielki krzyż ze szkła, sięgający od
pierwszego do ostatniego piętra. Można było przez niego dostrzec małe postacie
pracowników wewnątrz. Ochrona przy wejściu była symboliczna. 10 gwardzistów
ustawionych co parę stopni schodów. Od frontu nie miałem zamiaru oczywiście
wejść.
Wasilij powiedział mi, do kogo jako kolejnego mam się udać. Pani
inżynier Atena Kołocka mieszkała obecnie w Szczytnie. Tak też wskazywał jej
nadajnik. Patrząc na mapę i zapisy pozycji wychodziło na to, że wszyscy
naukowcy którzy mieli jakiś związek z projektem „Aquilonem”, zamieszkiwali w
miejscowościach dokoła w-wy. To ułatwiało sprawę, jednocześnie narażając to
przedsięwzięcie na ryzyko. Jeśli Kościół znajdzie choć cień podejrzenia na
członków ekipy badawczej, może sprawdzić miejsce ich rozlokowania. A jeśli ich
dopadnie i wydusi z nich informacje, to cały ten plan legnie w gruzach.
Wasilij poinformował mnie, że Atena jest specjalistą od uzbrojenia i że
powinna mieć niemałe zapasy broni i osprzętu, gdyby był mi potrzebny.
W tydzień później, gdy poszukiwania zelżały, wyprowadził mnie poza mury
w-wy. Podziękowałem mu za pomoc i powiedziałem, żeby miał się teraz na
baczności.
- Ahahahaha! Miej się na baczności?
Przez cały czas mam się na baczności. Żyję znacznie dłużej na tym świecie niż
ty. Wiem co robić, żeby przeżyć.
- Hm… no tak. W każdym razie do
zobaczenia doktorze. – uścisnąłem mu dłoń i odszedłem po mój motocykl.
Dopadło mnie dziwne przeświadczenie, że Wasilij nie jest godny zaufania. Nie
miałem jednakże jak tego sprawdzić, więc nie zawracałem sobie tym na razie
głowy.
Do Szczytna dotarłem pod koniec dnia. Pustynie przemierza się łatwo na
motocyklu z silnikiem atomowym. Ogniwa wodorowe były teraz powszechnie
stosowane. Niewyczerpane źródło energii zamiast paliwa, które co rusz się
kończy i upadek przemysłu paliwowego gwarantowany. Co dziwne, Kościół aprobował
i wspierał pomysł wprowadzenia tego źródła zasilania, na skalę światową. Można
by powiedzieć, pomysł sprzeczny z ideą globalnej dominacji. Po co dawać coś, za
co płaci się tylko raz? No a po to, żeby zdobyć kolejnych zwolenników swej
polityki. I tak oto w niedługim czasie Kościół zajmował coraz dalsze sektory
przemysłu światowego. Prywaciarze nie utrzymywali się zbyt długo w starciu z
tak potężnym „wrogiem” jak Kościół, więc przyłączali się do niego żeby nie
utonąć. No a potem nastąpiła Wojna. Do dziś utrzymuje się, że to Stany
Zjednoczone zaatakowały Iran, Irak, Chiny i Koreę Północną. Te naturalnie
odpowiedziały na atak. No i doszło do takiej, a nie innej sytuacji. Prawie cały
glob spopielony. A z tego popiołu, niczym Feniks, wyłonił
się Kościół. Potężny jak nigdy. Żadnej konkurencji. A, że jako jedyny posiadał
funkcjonujące zaplecze, dość szybko zdobył prawie całkowitą dominację światową.
No, ale ktoś przeciwny zawsze pozostanie. Islamiści, buddyści, religia Janusza
Chrystusa. Było tego od cholery, ale najzacieklejszym przeciwnikiem i tak
okazali się ateiści. Sądzili, że po wojnie nie pozostanie żadna religia i
nareszcie umysł zatryumfuje. No ale niestety, stało się tak, a nie inaczej.
Do Szczytna dotarłem nad ranem. Miasteczko było „otwarte”. Co rusz,
gdzieś można było zauważyć patrole Gwardii. Nic nadzwyczajnego. Jednakże,
posterunek Gwardii miał w posiadaniu kilka transporterów opancerzonych
„Guziec”. Cholerstwa, nie dość, że były szybkie i odporne, to były także
wyposażone w działka akustyczne Herz wz. 013. Działka te, potrafiły rozerwać
istotę ludzką na strzępy, ale przeważnie były używane w formie broni
obezwładniającej, do rozpędzania tłumu.
Najlepszym źródłem informacji, wydał mi się bar. Lokal był blisko
„bram” miasta. Gdy przestąpiłem próg, uderzyła mnie woń pieczeni. Ślinka mi
pociekła. Podszedłem do lady, zamówiłem piwo i specjał dnia. Był to smażony
stek z bitymi ziemniakami i surówką z marchwi i selera. Danie palce lizać.
Po zakończonym posiłku, dowiedziałem się od właściciela lokalu, gdzie
znajdę panią inżynier. Powiedział mi, że jej dom znajduje się niedaleko
posterunku Gwardii. „Sprytne zagranie” pomyślałem. Dom miał być w formie
piramidy.
- Trochę oczojebny, nie powiem.
- Wiecie jak jest. O gustach się
nie dyskutuje. – barman odpowiedział rozkładając ręce.
- Tylko, że jeśli nie o gustach,
to o czym? – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
- Hehe. Prawda. Salut za normalne
projekty domostw. – wzniósł toast.
- Salut. - przechyliliśmy
kieliszki.
Motocykl, przykryty płachtą, zostawiłem na parkingu przy barze. Do pani
inżynier dotarłem na piechotę. Dom rzeczywiście był w kształcie piramidy.
Zewnętrzna ściana była w całości wykonana ze szkła weneckiego. „Ciekawy pomysł
dziewczyno”.
Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi je ponętna rudowłosa 40 latka. Była
niższa ode mnie o głowę, miała owalną twarz, gładką cerę. Ubrana była tylko w
koszulę, wyglądało na to, że w męską. W każdym razie, przyjemny widok dla oka.
- Mogę w czymś pomóc? – spytała.
Jej głos był dźwięczny, hipnotyzujący. Przyjemny dla ucha.
- Em… - wyciągnąłem zdjęcie
mej matki. Mina pani inżynier spoważniała.
- Wejdź.
W środku, dom był urządzony prawie w całości z włókien węglowych.
Całość była koloru białego. Raziło w oczy.
- Przyjemny domek. – skomentowałem.
- Dziękuję. A więc, przejdziemy
do biznesu, czy nadal masz zamiar zachwycać się mym lokum?
- Zachwycać się, to trochę
nadużycie… - odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, ale wymowna mina pani
inżynier, powstrzymała mnie przed kontynuowaniem wypowiedzi. - Przejdźmy do biznesu. Potrzebuję uzbrojenia
najwyższej klasy.
- Lepiej trafić nie mogłeś. –
zmierzyła mnie wzrokiem. – Ile masz
właściwie lat?
- 24. Czy to robi pani jakąś
różnicę?
- To zawsze robi jakąś różnicę.
Chodź za mną.
Weszliśmy do małego pokoiku. Gdy Atena dotknęła malowidła na ścianie,
ta otworzyła się i ukazał mi się pokój, ze znaczną ilością uzbrojenia.
- Do wyboru, do koloru. Zostawię
Cię samego. Wybierz co chcesz.
Kompletowanie sprzętu zajęło mi parę godzin, jednakże gdy ukończyłem
dobór uzbrojenia i osprzętu byłem zadowolony z efektu.
- Będę musiał to gdzieś ukryć.
Masz jakąś kryjówkę? – zapytałem.
- Podam Ci współrzędne
geograficzne.
- Dzięki wielkie.
Popatrzyłem jeszcze raz na sprzęt. „Będę to musiał zabrać na kilka
razy”.
- To może teraz przejdziemy do
innego… biznesu. – zaciągnęła ostatnie słowo w sposób, który nie
pozostawiał złudzeń o co jej chodziło.
- Czemu nie. – odpowiedziałem.
Zaplotła ręce na mym karku i pocałowała mnie mocno i namiętnie. Mógłbym
się dziwić jej reakcji, ale przecież nie można się oprzeć takiemu mężczyźnie
jak ja. 190 cm wzrostu, atletyczna budowa ciała, lekko kwadratowa szczęka,
dobrze zarysowany podbródek. Można by powiedzieć, wcielenie Apollo.
Resztę dnia i nocy spędziliśmy
na dogłębnym „studiowaniu” swych ciał. Od bardzo dawna nie byłem tak
wykończony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz