sobota, 5 stycznia 2013

Ateista cz.2


Zastanawiałem się, czy przebaczenie jest konieczne. „Nie w tym świecie brachu” odpowiedziałem sam sobie. „Hm… co prawda to prawda”
Pędziłem przez pustkowia, które często były usiane trupami błędnych podróżników, którzy trafili na bandy zbójeckie. Holokaust nuklearny budzi w ludziach najgorsze instynkty… i w sumie te najprawdziwsze. Trzeba było uważać na pustyniach i to nie tylko na rozbójników, ale także na mutanty, zarówno te ludzkie jak i te zwierzęce. Tylko głupcy i szaleńcy zamieszkiwali samotnie na pustyni… jednakże szaleńcy byli uzbrojeni, więc mogli sobie jeszcze poradzić. Ja także należałem do tych szaleńców. Stryj wychowywał mnie od 5 roku mego życia, właśnie na pustkowiach. Był surowy, ale teraz widzę, że wiedział co robi. Dzięki jego szkoleniom wywijałem się z niejednej obławy.
Księżyc w pełni, idealnie oświetlał pustkowie, więc nie musiałem używać reflektora, dzięki czemu mogłem pędzić na „ciemno”. Jeśli nikt nie dostrzeże błysku światła, to nie będzie mnie mógł ścigać. Rozbójnicy nie byli problemem. To tylko ludzie. Znam ich taktyki, więc bez większych problemów mogłem sobie z nimi poradzić. Problemem stawały się co niektóre mutanty. Światło je przyciągało, a jak to zwierzęta, nie miały jednej znanej drogi podejścia, więc walka z nimi była wyzwaniem.
Zatrzymałem się nad urwiskiem. W dolinie stał jeden jedyny budynek. Parterowy dom z nanobetonu wzmacniany włóknami węglowymi. Dom mego stryja.
Zjechałem w dół zatrzymując się około 20 m od niego. Zsiadłem z motocykla i dobyłem Szrapnela. Była to pół-automatyczna strzelba gładko-lufowa kalibru 12. Ostrożnym krokiem podszedłem do okna i zajrzałem przez nie.  Światło było zapalone, jednakże środku nikogo nie dostrzegłem. Przestąpiłem próg wejścia i zlustrowałem wnętrze domu ze Szrapnelem przy policzku i palcem na kabłąku spustu. Wolałem nie ryzykować. Nikogo nie było. Stanąłem pośrodku jadalni i nasłuchiwałem przez chwilę. Spod podłogi w sypialni usłyszałem lekki łomot narzędzi. Odsłoniłem z niej dywan i podniosłem klapę do piwnicy. „Kiedy ją zrobiłeś stryju? Ech… szalony dziadyga.”
Gdy zszedłem na dół dostrzegłem stryja. Majstrował przy starym transporterze opancerzonym, który niegdyś stał przed domem. Gdy byłem mały często się na nim bawiłem.
- Witaj stryju! – krzyknąłem lekko, a on obrócił się błyskawicznie, dzierżąc w dłoni Mangustę 9mm Parabellum.
- Młody? – gdy mnie zobaczył pojaśniał, a na twarz wypełzł mu lekki uśmiech radości. – Młody! Krewsko dobrze Cię widzieć. – podszedł i uścisnął mnie, jakby miał mnie więcej nie zobaczyć. Odwzajemniłem uścisk.
- Mam coś dla Ciebie stryju. – z kieszeni kurtki wyciągnąłem cztery paczki przezroczystych pigułek. – To powinno spowolnić ekspansję raka na inne organy.
- A zabierz mi to z przed oczu młody. Każdy kiedyś musi umrzeć.
- Tak, ale to nie znaczy, że masz mi umrzeć na rękach.
- Młody, czuję się jak nigdy. Zobacz. Nawet zacząłem naprawiać ten transporter. – wskazał na wrak. Jeden bok pancerza był już prawie w pełni naprawiony.
- Czujesz się jak nigdy, tak? Czyli jest gorzej niż przypuszczałem. Lekarz o tym mówił. Chodź stryju na górę. Naprawisz to później.
Jak powiedziałem, tak też zrobiliśmy. Usadowiłem stryja na kanapie w jadalni. Przygotowałem dla nas ciepły posiłek. Otworzyłem też dwa piwa. Żadnego innego napoju w lodówce nie znalazłem.
- Młody, gdy umrę, a stanie się to niedługo jak sam powiadasz, chciałbym, żebyś o czymś wiedział. Całe to twoje szkolenie w dzieciństwie było wolą twych rodziców. Dokładniej rzec biorąc, twej matki. Przed śmiercią kazała mi to tobie przekazać. – wyciągnął z kieszeni na piersi holodysk i rzucił go na stół. – Powiedziała, że mam ci go przekazać w odpowiednim momencie. Cóż, ten moment uznałem za właściwy.
Spojrzałem na dysk , niepewny. – Co na nim się znajduje?
- Wszystko co musisz wiedzieć.
- Wiedzieć do czego?
- Tego także się z tego dowiesz.
Wziąłem holodysk i schowałem go do kieszeni. Gdy skończyliśmy posiłek stryj powiedział żebym go więcej nie odwiedzał. – Dlaczego?
- Nie spodobało by Ci się to, co tu zobaczysz gdy następnym razem wrócisz. Rozumiesz mnie prawda? – kiwnąłem głową w geście zrozumienia. – To dobrze młody, to dobrze. Pamiętaj jeszcze o czymś młody. Niech chęć zemsty nie przysłoni Ci celu.
- Celu?… dobrze stryju.
- To zajebiście. Możesz tu przenocować o ile zechcesz. Ale nie schodź na dół. Uznaj to za pożegnanie. A i przy okazji. Ułatwię Ci sprawę i powiem żebyś udał się w kierunku Warszawy. – wstałem i podałem stryjowi dłoń. Uścisnął ją, uśmiechnął się i odszedł by kontynuować swe dzieło. Stałem tam przez chwile namyślając się. Postanowiłem nie zostawać. Wsiadłem na motocykl i udałem się na wschód do Warszawy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz