Zastanawiałem się, czy
przebaczenie jest konieczne. „Nie w tym świecie brachu” odpowiedziałem sam
sobie. „Hm… co prawda to prawda”
Pędziłem przez
pustkowia, które często były usiane trupami błędnych podróżników, którzy
trafili na bandy zbójeckie. Holokaust nuklearny budzi w ludziach najgorsze
instynkty… i w sumie te najprawdziwsze. Trzeba było uważać na pustyniach i to
nie tylko na rozbójników, ale także na mutanty, zarówno te ludzkie jak i te
zwierzęce. Tylko głupcy i szaleńcy zamieszkiwali samotnie na pustyni… jednakże
szaleńcy byli uzbrojeni, więc mogli sobie jeszcze poradzić. Ja także należałem
do tych szaleńców. Stryj wychowywał mnie od 5 roku mego życia, właśnie na
pustkowiach. Był surowy, ale teraz widzę, że wiedział co robi. Dzięki jego
szkoleniom wywijałem się z niejednej obławy.
Księżyc w pełni, idealnie oświetlał pustkowie, więc nie musiałem używać reflektora, dzięki czemu
mogłem pędzić na „ciemno”. Jeśli nikt nie dostrzeże błysku światła, to nie
będzie mnie mógł ścigać. Rozbójnicy nie byli problemem. To tylko ludzie. Znam
ich taktyki, więc bez większych problemów mogłem sobie z nimi poradzić.
Problemem stawały się co niektóre mutanty. Światło je przyciągało, a jak to
zwierzęta, nie miały jednej znanej drogi podejścia, więc walka z nimi była
wyzwaniem.
Zatrzymałem się nad
urwiskiem. W dolinie stał jeden jedyny budynek. Parterowy dom z nanobetonu
wzmacniany włóknami węglowymi. Dom mego stryja.
Zjechałem w dół
zatrzymując się około 20 m od niego. Zsiadłem z motocykla i dobyłem Szrapnela.
Była to pół-automatyczna strzelba gładko-lufowa kalibru 12. Ostrożnym krokiem
podszedłem do okna i zajrzałem przez nie.
Światło było zapalone, jednakże środku nikogo nie dostrzegłem.
Przestąpiłem próg wejścia i zlustrowałem wnętrze domu ze Szrapnelem przy
policzku i palcem na kabłąku spustu. Wolałem nie ryzykować. Nikogo nie było.
Stanąłem pośrodku jadalni i nasłuchiwałem przez chwilę. Spod podłogi w sypialni
usłyszałem lekki łomot narzędzi. Odsłoniłem z niej dywan i podniosłem klapę do
piwnicy. „Kiedy ją zrobiłeś stryju? Ech… szalony dziadyga.”
Gdy zszedłem na dół
dostrzegłem stryja. Majstrował przy starym transporterze opancerzonym, który
niegdyś stał przed domem. Gdy byłem mały często się na nim bawiłem.
- Witaj stryju! – krzyknąłem lekko, a on obrócił się błyskawicznie,
dzierżąc w dłoni Mangustę 9mm Parabellum.
- Młody? – gdy mnie zobaczył pojaśniał, a na twarz wypełzł mu lekki
uśmiech radości. – Młody! Krewsko dobrze
Cię widzieć. – podszedł i uścisnął mnie, jakby miał mnie więcej nie
zobaczyć. Odwzajemniłem uścisk.
- Mam coś dla Ciebie stryju. – z kieszeni kurtki wyciągnąłem cztery
paczki przezroczystych pigułek. – To
powinno spowolnić ekspansję raka na inne organy.
- A zabierz mi to z przed oczu młody. Każdy kiedyś musi umrzeć.
- Tak, ale to nie znaczy, że masz mi umrzeć na rękach.
- Młody, czuję się jak nigdy. Zobacz. Nawet zacząłem naprawiać ten
transporter. – wskazał na wrak. Jeden bok pancerza był już prawie w pełni
naprawiony.
- Czujesz się jak nigdy, tak? Czyli jest gorzej niż przypuszczałem.
Lekarz o tym mówił. Chodź stryju na górę. Naprawisz to później.
Jak powiedziałem, tak
też zrobiliśmy. Usadowiłem stryja na kanapie w jadalni. Przygotowałem dla nas
ciepły posiłek. Otworzyłem też dwa piwa. Żadnego innego napoju w lodówce nie
znalazłem.
- Młody, gdy umrę, a stanie się to niedługo jak sam powiadasz, chciałbym,
żebyś o czymś wiedział. Całe to twoje szkolenie w dzieciństwie było wolą twych
rodziców. Dokładniej rzec biorąc, twej matki. Przed śmiercią kazała mi to tobie
przekazać. – wyciągnął z kieszeni na piersi holodysk i rzucił go na stół. –
Powiedziała, że mam ci go przekazać w
odpowiednim momencie. Cóż, ten moment uznałem za właściwy.
Spojrzałem na dysk ,
niepewny. – Co na nim się znajduje?
- Wszystko co musisz wiedzieć.
- Wiedzieć do czego?
- Tego także się z tego dowiesz.
Wziąłem holodysk i
schowałem go do kieszeni. Gdy skończyliśmy posiłek stryj powiedział żebym go
więcej nie odwiedzał. – Dlaczego?
- Nie spodobało by Ci się to, co tu zobaczysz gdy następnym razem wrócisz.
Rozumiesz mnie prawda? – kiwnąłem głową w geście zrozumienia. – To dobrze młody, to dobrze. Pamiętaj jeszcze
o czymś młody. Niech chęć zemsty nie przysłoni Ci celu.
- Celu?… dobrze stryju.
- To zajebiście. Możesz tu przenocować o ile zechcesz. Ale nie schodź na
dół. Uznaj to za pożegnanie. A i przy
okazji. Ułatwię Ci sprawę i powiem żebyś udał się w kierunku Warszawy. –
wstałem i podałem stryjowi dłoń. Uścisnął ją, uśmiechnął się i odszedł by
kontynuować swe dzieło. Stałem tam przez chwile namyślając się. Postanowiłem
nie zostawać. Wsiadłem na motocykl i udałem się na wschód do Warszawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz