Następnego dnia rano,
dostarczyłem umówiony sprzęt i zapłatę najemniczce. Atena dopilnowała, aby mój
budżet mógł udźwignąć takie obciążenie, a z racji tego, że dzisiaj pieniądze
przenosiło się, na specjalnie
przystosowanych do tego nośnikach, które były nie większe niż baton
energetyczny (zresztą, potoczna nazwa tych nośników to właśnie „baton”), to
przetransportowanie takiej sumki nie stanowiło absolutnie żadnego problemu. Na
szczęście najemniczki, była trzeźwa. Odnośnie sprzętu, były to kolejno: karabin
szynowy Piorun wz. 40 kalibru 10 mm w wersji krótkiej; strzelba taktyczna Tac 6
kalibru 12; weblarowy pancerz Filum(wykonany z genetycznie modyfikowanych nici
pająka, ostatni krzyk „mody”) i paręnaście skondensowanych ładunków termo
barycznych. Jednakowoż hekslidu nie miałem, ale w zamian za to, miałem kilka
ogniw wodorowych. Wystarczy takie cudeńko obwiązać lontem detonacyjnym i BUM!
Mamy mikro bombę termojądrową.
Reszta dnia, zeszła nam na obmyślaniu planu dostania się do budynku
Metropolii, znalezienia tego co mnie interesowało, ewentualnym zaminowaniu
konstrukcji nośnej i ucieczki. Ułatwiało sprawę nam to, że posiadałem dokładne
plany budynku sprzed dwu miesięcy.
- Czyli co? Wchodzimy, totalna
rozwałka i wychodzimy? – zapytała Ewa z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
- No mniej więcej dokładnie tak,
tyle, że będziemy musieli… ja… będę musiał znaleźć dalsze dane dotyczące
projektu, ty zajmiesz się zaminowywaniem budynku.
- Jakiego projektu? – spytała
z zaciekawianiem.
Powinienem był się ugryźć w język, ale teraz było na to za późno.
- Nie ważne jakiego. To moja
sprawa. – po chwili zastanowienia dodałem. – W sumie twoja też. Siedzisz w tym po uszy tak samo jak ja. Powiem Ci
tylko tyle, że chodzi o przyszłość rasy ludzkiej. –zabrzmiało to patetyczniej,
niż chciałem.
Ewa popatrzyła na mnie z ukosa, pogwizdując sobie pod nosem.
- No, no. Widzę, że szefuńcio
wysoko mierzy. Hahahahaha! – jej śmiech był zdeczka psychopatyczny, ale to
mi odpowiadało. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś bardziej popaprany ode mnie.
– Okej, czemu nie. Lubię nowe wyzwania, a ta zapowiada się wyjątkowo
smakowicie. – oblizała wargi jakby coś przed chwilą zjadła i wyszczerzyła,
te swoje krystalicznie białe, ząbki. Nie pasowały do reszty jej twarzy,
przeoranej wertykalną blizną, ciągnącą się od linii włosów, do prawego kącika
ust, średniego zadartego noska i zniszczonej cery, ale jej chabrowe oczy, muszę
przyznać, były urzekające.
- Co się tak na mnie lampisz
szefuńciu? –spytała z wyraźną nutą niechęci.
- Próbuję dostrzec w tobie jakieś
walory estetyczne. Nieważne. Ważne, abyśmy dotarli do W-wy niezauważeni. Gdy
będziemy w pobliżu, dam znać Wasilijowi, żeby spodziewał się naszej wizyty.
– tkwiliśmy nad rozłożoną mapą miasta. Ustalaliśmy drogi ucieczki, jeśli
zrobiłby się, jakby to określili w Starym Świecie, Sajgon. Musieliśmy wykuć je
na pamięć, bo możliwe było, że zostaniemy rozdzieleni.
Sprzęt spakowaliśmy na motocykle i przykryliśmy brezentem. Z daleka nie
będzie można się domyślić, że to całkiem sporych rozmiarów, arsenał. Świt
zastał nas w barze. Ruszyliśmy, gdy pierwszy kur zapiał.
Do W-wy mięliśmy paręnaście kilosów. Po drodze natrafiliśmy na samotny
patrol Gwardii. Uczepili się nas. Kazali nam zsiąść z motocykli i poddać się
szczegółowej inspekcji. Broń osobista nie wywołała u nich żadnej reakcji. Każdy
mógł ją nosić, lecz gdy tylko odsłonili brezent i zobaczyli jaki arsenał się
tam skrywał, zareagowali błyskawicznie, choć i tak za wolno. Razem z Ewą
dobyliśmy broni przybocznej. Ja mojego Exitium, a Ewa, Mangusty. Z tego, co
wywnioskowałem po rozbryzgu czaszki gwardzisty przy motocyklach, kaliber był
znacznie zwiększony, prawdopodobnie 12, 7 mm. Ja zlikwidowałem kolejnych dwóch,
którzy byli na zewnątrz. Dwa strzały, każdy w głowę. Po czymś takim, nie mieli
prawa wstać. Ostatni, był za kierownicą pojazdu opancerzonego „Guziec”, ale gdy
zobaczył co się dzieje, szybko przeskoczył do wieżyczki, która była wyposażona
w dwa wielolufowe działka 20 mm, Etna. Była to potężna broń, zdolna wystrzelić 50
pocisków w ciągu sekundy, dodajmy, że pocisków odłamkowych. Jednakże nim
pierwszy strzał zdążył paść wskoczyłem na pancerz i przez otwarty właz,
wrzuciłem do środka granat implozyjny. Czym prędzej odskoczyłem od pojazdu. – Na glebę kurwa, na glebę! – wydarłem się
do Ewy, sam padając na ziemię. Gdy granat eksplodował, powietrze rozdarł ryk.
Granat stworzył coś w rodzaju mikro czarnej dziury, co sprawiło, że „Guziec”
zapadł się do środka, kompresując się do wielkości małego motocykla. Pojazd,
który ważył 22 tony, miał 3 metry wysokości, prawie 3 szerokości i 8 długości,
teraz był tylko zbitką, nic nie przypominającego, metalu.
Granat implozyjny, niesamowita broń. Najnowsze cudeńko, wyposażenia
indywidualnego na rynku.
Wszelkie dowody ukryliśmy pod grubą warstwą ziemi. Najgorzej było z transporterem. Mimo
dwóch potężnych motocykli, trudno było nam go przeciągnąć, choćby parę metrów.
Dwa kilosy od W-wy poinformowałem, drogą radiową, Wasilija o naszym
przybyciu. Ostatnim czasem gdy u niego byłem, dał mi parę czystych
identyfikatorów, które mogłem w dowolnym czasie wypełnić. Teraz się przydały.
Punkt kontrolny przekroczyliśmy bez problemów. Żadnej kontroli osobistej,
niczego.
Wasilija spotkaliśmy paręset metrów od punktu kontrolnego. Powitał nas
z uśmiechem na twarzy. Nie pasowało mi to do charakteru naszego zadania. Miałem
coraz większe podejrzenia co do tego gościa.
Resztę dnia i cały kolejny, spędziliśmy na sprawdzaniu sprzętu i
tworzeniu scenariuszy możliwości. Przepytywaliśmy się nawzajem, co do drogi
ucieczki, co byśmy zrobili w takiej, a nie innej sytuacji. Omawialiśmy sposoby
komunikowania, no i najważniejsze. Co zrobimy w przypadku gdy jedno z nas
zostanie złapane żywcem. Jeśli nie damy rady sprzątnąć się nawzajem, lub
dopiero po akcji dowiemy się, że któreś zostało pochwycone, to odbijemy się
nawzajem najszybciej, jak to tylko możliwe. Żaden skrawek informacji o operacji,
nie może dostać się w ręce Inkwizycji.
W końcu nastał sądny dzień. Wasilij podprowadził nas pod samą
Metropolię. Do wnętrza budynku dostaliśmy się przez podziemny parking. Od dołu
do góry jest zazwyczaj najłatwiej. Sprzęt osobisty wisiał na nas, a wszystko
było zakryte długimi, ciemnymi płaszczami. Zanim ktokolwiek się nas uczepił,
udało się nam zaminować konstrukcję nośną i dotrzeć na 3 piętro. No, ale
sielanka trwać wiecznie nie może.
Pierwsi którzy padli, to dwuosobowy patrol ochrony. Dostrzegli broń
długą, jednakże nim zdążyli zareagować, dostali po dwie kulki w klatkę. Synchronizacja
z Ewą wyszła bezbłędnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz