sobota, 12 stycznia 2013

Ateista cz.7


                Następnego dnia rano, dostarczyłem umówiony sprzęt i zapłatę najemniczce. Atena dopilnowała, aby mój budżet mógł udźwignąć takie obciążenie, a z racji tego, że dzisiaj pieniądze przenosiło się, na  specjalnie przystosowanych do tego nośnikach, które były nie większe niż baton energetyczny (zresztą, potoczna nazwa tych nośników to właśnie „baton”), to przetransportowanie takiej sumki nie stanowiło absolutnie żadnego problemu. Na szczęście najemniczki, była trzeźwa. Odnośnie sprzętu, były to kolejno: karabin szynowy Piorun wz. 40 kalibru 10 mm w wersji krótkiej; strzelba taktyczna Tac 6 kalibru 12; weblarowy pancerz Filum(wykonany z genetycznie modyfikowanych nici pająka, ostatni krzyk „mody”) i paręnaście skondensowanych ładunków termo barycznych. Jednakowoż hekslidu nie miałem, ale w zamian za to, miałem kilka ogniw wodorowych. Wystarczy takie cudeńko obwiązać lontem detonacyjnym i BUM! Mamy mikro bombę termojądrową.
Reszta dnia, zeszła nam na obmyślaniu planu dostania się do budynku Metropolii, znalezienia tego co mnie interesowało, ewentualnym zaminowaniu konstrukcji nośnej i ucieczki. Ułatwiało sprawę nam to, że posiadałem dokładne plany budynku sprzed dwu miesięcy.
- Czyli co? Wchodzimy, totalna rozwałka i wychodzimy? – zapytała Ewa z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
- No mniej więcej dokładnie tak, tyle, że będziemy musieli… ja… będę musiał znaleźć dalsze dane dotyczące projektu, ty zajmiesz się zaminowywaniem budynku.
- Jakiego projektu? – spytała z zaciekawianiem.
Powinienem był się ugryźć w język, ale teraz było na to za późno.
- Nie ważne jakiego. To moja sprawa. – po chwili zastanowienia dodałem. – W sumie twoja też. Siedzisz w tym po uszy tak samo jak ja. Powiem Ci tylko tyle, że chodzi o przyszłość rasy ludzkiej. –zabrzmiało to patetyczniej, niż chciałem.
Ewa popatrzyła na mnie z ukosa, pogwizdując sobie pod nosem.
- No, no. Widzę, że szefuńcio wysoko mierzy. Hahahahaha! – jej śmiech był zdeczka psychopatyczny, ale to mi odpowiadało. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś bardziej popaprany ode mnie.
 – Okej, czemu nie. Lubię nowe wyzwania, a ta zapowiada się wyjątkowo smakowicie. – oblizała wargi jakby coś przed chwilą zjadła i wyszczerzyła, te swoje krystalicznie białe, ząbki. Nie pasowały do reszty jej twarzy, przeoranej wertykalną blizną, ciągnącą się od linii włosów, do prawego kącika ust, średniego zadartego noska i zniszczonej cery, ale jej chabrowe oczy, muszę przyznać, były urzekające.
- Co się tak na mnie lampisz szefuńciu? –spytała z wyraźną nutą niechęci.
- Próbuję dostrzec w tobie jakieś walory estetyczne. Nieważne. Ważne, abyśmy dotarli do W-wy niezauważeni. Gdy będziemy w pobliżu, dam znać Wasilijowi, żeby spodziewał się naszej wizyty. – tkwiliśmy nad rozłożoną mapą miasta. Ustalaliśmy drogi ucieczki, jeśli zrobiłby się, jakby to określili w Starym Świecie, Sajgon. Musieliśmy wykuć je na pamięć, bo możliwe było, że zostaniemy rozdzieleni.
Sprzęt spakowaliśmy na motocykle i przykryliśmy brezentem. Z daleka nie będzie można się domyślić, że to całkiem sporych rozmiarów, arsenał. Świt zastał nas w barze. Ruszyliśmy, gdy pierwszy kur zapiał.
Do W-wy mięliśmy paręnaście kilosów. Po drodze natrafiliśmy na samotny patrol Gwardii. Uczepili się nas. Kazali nam zsiąść z motocykli i poddać się szczegółowej inspekcji. Broń osobista nie wywołała u nich żadnej reakcji. Każdy mógł ją nosić, lecz gdy tylko odsłonili brezent i zobaczyli jaki arsenał się tam skrywał, zareagowali błyskawicznie, choć i tak za wolno. Razem z Ewą dobyliśmy broni przybocznej. Ja mojego Exitium, a Ewa, Mangusty. Z tego, co wywnioskowałem po rozbryzgu czaszki gwardzisty przy motocyklach, kaliber był znacznie zwiększony, prawdopodobnie 12, 7 mm. Ja zlikwidowałem kolejnych dwóch, którzy byli na zewnątrz. Dwa strzały, każdy w głowę. Po czymś takim, nie mieli prawa wstać. Ostatni, był za kierownicą pojazdu opancerzonego „Guziec”, ale gdy zobaczył co się dzieje, szybko przeskoczył do wieżyczki, która była wyposażona w dwa wielolufowe działka 20 mm, Etna. Była to potężna broń, zdolna wystrzelić 50 pocisków w ciągu sekundy, dodajmy, że pocisków odłamkowych. Jednakże nim pierwszy strzał zdążył paść wskoczyłem na pancerz i przez otwarty właz, wrzuciłem do środka granat implozyjny. Czym prędzej odskoczyłem od pojazdu. – Na glebę kurwa, na glebę! – wydarłem się do Ewy, sam padając na ziemię. Gdy granat eksplodował, powietrze rozdarł ryk. Granat stworzył coś w rodzaju mikro czarnej dziury, co sprawiło, że „Guziec” zapadł się do środka, kompresując się do wielkości małego motocykla. Pojazd, który ważył 22 tony, miał 3 metry wysokości, prawie 3 szerokości i 8 długości, teraz był tylko zbitką, nic nie przypominającego, metalu.
Granat implozyjny, niesamowita broń. Najnowsze cudeńko, wyposażenia indywidualnego na rynku.
Wszelkie dowody ukryliśmy pod grubą warstwą  ziemi. Najgorzej było z transporterem. Mimo dwóch potężnych motocykli, trudno było nam go przeciągnąć, choćby parę metrów.
Dwa kilosy od W-wy poinformowałem, drogą radiową, Wasilija o naszym przybyciu. Ostatnim czasem gdy u niego byłem, dał mi parę czystych identyfikatorów, które mogłem w dowolnym czasie wypełnić. Teraz się przydały. Punkt kontrolny przekroczyliśmy bez problemów. Żadnej kontroli osobistej, niczego.
Wasilija spotkaliśmy paręset metrów od punktu kontrolnego. Powitał nas z uśmiechem na twarzy. Nie pasowało mi to do charakteru naszego zadania. Miałem coraz większe podejrzenia co do tego gościa.
Resztę dnia i cały kolejny, spędziliśmy na sprawdzaniu sprzętu i tworzeniu scenariuszy możliwości. Przepytywaliśmy się nawzajem, co do drogi ucieczki, co byśmy zrobili w takiej, a nie innej sytuacji. Omawialiśmy sposoby komunikowania, no i najważniejsze. Co zrobimy w przypadku gdy jedno z nas zostanie złapane żywcem. Jeśli nie damy rady sprzątnąć się nawzajem, lub dopiero po akcji dowiemy się, że któreś zostało pochwycone, to odbijemy się nawzajem najszybciej, jak to tylko możliwe. Żaden skrawek informacji o operacji, nie może dostać się w ręce Inkwizycji.
W końcu nastał sądny dzień. Wasilij podprowadził nas pod samą Metropolię. Do wnętrza budynku dostaliśmy się przez podziemny parking. Od dołu do góry jest zazwyczaj najłatwiej. Sprzęt osobisty wisiał na nas, a wszystko było zakryte długimi, ciemnymi płaszczami. Zanim ktokolwiek się nas uczepił, udało się nam zaminować konstrukcję nośną i dotrzeć na 3 piętro. No, ale sielanka trwać wiecznie nie może.
Pierwsi którzy padli, to dwuosobowy patrol ochrony. Dostrzegli broń długą, jednakże nim zdążyli zareagować, dostali po dwie kulki w klatkę. Synchronizacja z Ewą wyszła bezbłędnie.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz