Jakiś kilometr od murów, znajdowała się opuszczona chatka. Była
zarośnięta przez różnego rodzaju chaszcze, więc była to dobra lokacja
wypadowa. Postanowiłem się w niej
zaczaić, aż do zmroku. W międzyczasie obserwowałem patrole i sprawdziłem rodzaj
aktywnych systemów ochrony przez monokular. Odnotowałem, że wieżyczki to stary
system „Defensio”. Wyposażone były w działka Gauss mk. 2. O ile działka były
niesamowicie skuteczne, o tyle system „Defensio” miał dość wolny czas reakcji.
Na tyle wolny, żebym zdążył przed nim uciec. Zadanie wydawało się osiągalne w
sposób, w jaki chciałem to zrobić. Dziwiło mnie tylko, że do zabezpieczenia
miasta takiego jak W-wa, używa się tak przestarzałego systemu. Pewność
Kościoła, kiedyś ich zgubi… a może nawet niedługo?
Po zmroku, zbliżyłem się na motocyklu na odległość jakiś trzystu metrów
od muru i ukryłem go za małą skałą wśród krzewów. Resztę odległości przebyłem w
kuckach, przeskakując od skały do skały. Czujniki ruchu mnie wykrywały, ale nie
mogąc przeanalizować mnie optycznie, lub laserowo, „Defensio” się nie
aktywował, za to czuwał w podwyższonym stanie gotowości.
Najbliższa skała do jakiej udało mi się dotrzeć, znajdowała się parę
kroków od początku pola minowego. „No to zaczynamy” pomyślałem. Z bocznej
kieszeni kamizelki balistycznej, wyciągnąłem szpulę z lontem detonacyjnym
własnej roboty. Przeznaczony był do tego rodzaju zadań. Rozminowywania. Do jego
końca przywiązałem przewód aktywacyjny, a ten następnie do mego nadgarstka.
Chwyciłem szpulę i z całej siły rzuciłem nią w stronę muru. Patrzyłem na jej
lot. Upadła około 10 metrów od niego, ale przetoczyła się jeszcze jakieś 6-7
metrów. „Wystarczy”. Przewód aktywacyjny podłączyłem do detonatora i nacisnąłem
spust. Eksplozja wstrząsnęła ziemią. Nastąpił efekt domina. Jedna mina eksplodowała
po drugiej, tworząc piękny korytarz, którym mogłem dobiec do muru.
Nim opadł kurz, ruszyłem sprintem. Lasery wieżyczek omiatały mgłę.
Strażnicy aktywowali alarm, słyszałem jazgot psów. W biegu, dobyłem specjalny
ładunek burzący w cienkim foliowym opakowaniu. Swoją konsystencją przypominał
bardzo lepką galaretkę. W biegu rzuciłem nim w mur. W sekundę po przyklejeniu
się do niego, ładunek eksplodował, tworząc otwór o średnicy mniej więcej metra.
Przeskoczyłem przez niego, wykonałem przewrót przez bark i wylądowałem na
kolanach. Od razu dobyłem Exitium. Omiotłem nim przestrzeń przede mną. Nikogo
nie zauważyłem. Ruszyłem czym prędzej do rogu najbliższego budynku. Wyjrzałem zza
niego i ruszyłem do kolejnego budynku. Robiłem tak, aż nie dotarłem do ulicy,
na której znajdowało się lokum Wasilija. Wtedy też napotkałem patrol Gwardii.
Dwie osoby. Wyszli zza rogu budynku. Pojawili się na tyle niespodziewanie, że
niewiele myśląc, przestawiłem na automat i oddałem dwie trzy pociskowe serie.
Wszystkie pociski dotarły do celu. Gwardziści upadli na podłoże niczym worki
pełne mięsa. Głuche uderzenie, a po nim jazgot broni maszynowej i świst
pocisków przelatujących koło mnie. Szybko skierowałem lufę mej broni w kierunku
dźwięku. Jeden gwardzista. Strzelał szybko. Zbyt szybko. Z pewnością nie
mierzył zbyt dokładnie. Adrenalina przysłoniła mu logiczne myślenie. Jego
instynkt wziął górę. Przestawiłem na ogień pojedynczy. Zszedłem na kolano i oddałem
trzy strzały. Mierzyłem w głowę. Dwa z nich dosięgły celu, ostatni poszedł
górą. Jeden uderzył w nasadę karku urywając głowę, drugi trafił w środek
twarzy. Czaszka gwardzisty eksplodowała. Wyglądało to niczym papka pomidorowa w
słoiku, do którego strzeli się ze strzelby.
Obróciłem się na pięcie i ruszyłem szybko przed siebie. Ukryłem się za
jednym z budynków żeby sprawdzić swoją pozycję względem domu Wasilija. PDA
pokazywał, że zostało mi jeszcze 150 metrów do przebycia. Odcinek przebyłem szybko,
ale ostrożnie, lustrując każdy róg napotkanego budynku.
Dotarłem do posiadłości. Był to dwupiętrowy budynek. Ładnie zadbany,
koloru chyba pomarańczowego. Światła alarmowe nie pozwalały mi tego ocenić. Dom
był dobrze przeszklony. To będzie przeszkadzało.
Wkradłem się przez piwnicę. Okno było otwarte więc przecisnąłem się przez
nie. Nigdy nie lubiłem wąskich okien. Źle się przez nie strzela i lustruje
okolice, a co dopiero przeciska. Piwnica
była pusta, więc hałas nie mógł zwabić Wasilija.
Wszedłem na pierwsze piętro z bronią w kaburze. Nie chciałem przez
przypadek zabić doktorka w odruchu obronnym.
Nie zauważyłem go w ciemności panującej wewnątrz, ale poczułem gdy
przywalił mi patelką w plecy. Nim zdążył zadać drugi cios, zablokowałem go i
wyprowadziłem kontrę. Pięść gładko weszła w bok doktorka. Wydawało mi się, że
poczułem pękające żebro. Wasilij zawył z bólu i upadł na podłogę.
- Kim ty kurwa jesteś? –
wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Nikim. I tak masz mnie też
zapamiętać. Więcej wiedzieć nie musisz.
- Czego chcesz?
- Zanim odpowiem, skąd
wiedziałeś, że jestem na dole? – spytałem z zaciekawieniem.
- Jakbyś był byłym pracownikiem
Gwardii, też byś posiadał domek z systemem ochrony.
- Okno było otwarte. –
zauważyłem.
- Ale kamer na podczerwień to już
raczej nie dostrzegłeś, co? – dało się wyczuć ironię w jego wypowiedzi.
- Hm… punkt dla Ciebie. Co do powodu
mego przybycia… ma matka powiedziała, że
będziesz mi skory do pomocy. - Zza pazuchy wyciągnąłem jej zdjęcie i
podświetliłem je, żeby mógł dostrzec o kogo chodzi. Jego mina nagle stała się
nijaka. Neutralna. Na zewnątrz trwała pełna mobilizacja. Słyszałem krzyki
gwardzistów i jeden donośniejszy. „Pewnie jakiś oficer”.
Pomogłem wstać Wasilijowi.
- Chodź za mną. - zeszliśmy
do piwnicy. Gdy Wasilij zapalił lampy, po środku dostrzegłem właz.
- Większa cześć tego, czego
potrzebujesz znajduje się tam, na dole. Dopóki wszystkiego nie przeanalizujesz,
zostaniesz tutaj. Nie musisz się martwić. Nikt tego domu nie sprawdzi. Byłem
zaufanym pracownikiem.
Kiwnąłem głową na znak zrozumienia. Trzy kolejne dni zajęło mi
przejrzenie wszystkich akt. A to, co w nich znalazłem, wydawało się odległą bajką.
Okazało się, że Kościół chciał zamieniać zarówno księży, jak i gwardzistów w
pieprzone wilkołaki, wampiry i inne tałatajstwo znane z mitologii, a wszystko
po to, żeby przejąć absolutną władzę nad światem i ludźmi. Nie chciałem w to
uwierzyć, ale dokumentacja była poparta wynikami badań genetycznych. I to badań
które zakończyły się sukcesem. Byłem przytłoczony.
Wyglądało na to, że matka chciała żebym ocalił ten, i tak już zatracony, świat
przed jeszcze większym zaciemnieniem.
Jedyne co przychodziło mi na myśl to „Ja pierdolę”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz