poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ateista cz.8


                Dźwięk, docierał do mnie, jakby zza grubej tafli szkła. Widziałem twarz Ewy, ruch jej warg i chaotyczne ostrzeliwanie się, we wszystkich kierunkach. W końcu, wytłumione dźwięki, poczęły się wyostrzać. Docierał do mnie pojedyncze słowa, wypowiadane przez Ewę „…kurwa…” „…wstawaj…” „…przejebane…” i tym podobne. Tkwiliśmy, przy jakiejś wielkiej donicy, kształtu prostopadłościanu. Dobrze spełniała rolę tarczy. Gdy obejrzałem się za siebie, dostrzegłem paru Gwardzistów i paru Pretorian. Dobyłem Exitium i oddałem kilka strzałów w celu przykrócenia zapału nacierających. Dźwignąłem się na kolana i wtedy dostałem postrzał w plecy. Uderzenie było silne i zwaliło mnie na brzuch, ale pocisk przez pancerz nie przeszedł, a przynajmniej tego nie czułem. Obróciłem się w tył i dostrzegłem kolejnych gwardzistów. Wszyscy strzelali często i gęsto. Zastanawiałem się tylko, jak do cholery, oboje jeszcze żyliśmy.
- Granat! - ryknąłem w stronę Ewy i rzuciłem granat hukowo-błyskowy Paraliż w stronę najbliższej, większej grupki Gwardzistów. Zaraz za nim, powędrował granat szturmowy  Ex 12. Gdy nastąpiły obie eksplozje, chwyciłem Ewę za szmaty i wciągnąłem ją do korytarza, z którego nacierało najmniej Gwardzistów. Szybko się z nimi uwinęliśmy.
W szaleńczym biegu korytarzami, zbliżaliśmy się do Archiwum. Plany budynku Metropolii wykułem na pamięć, więc wiedziałem dokładnie gdzie się kierować.
Dotarliśmy na siódme piętro, nie bez problemów. Wymiana ognia na klatce schodowej nie jest zbyt wygodna, ale gdy ma się do dyspozycji dwie strzelby taktyczne, karabinek elektromagnetyczny Piorun i świetne przeszkolenie, żadne miejsce nie jest złe do walki. Gwardziści ponosili ciężkie straty, a my, no cóż, kilka powierzchownych ran, parę dziur w pancerzach, ale poza tym, nic poważniejszego.
Przed wbiegnięciem do atrium Archiwum, rzuciłem dwa Paraliże i ostrzelałem potencjalne cele. Udało mi się załatwić jednego Pretoriana  i dwóch urzędasów. Ewa radziła sobie równie dobrze, tyle, że jej udało się ustrzelić tylko i wyłącznie cywilnych pracowników. Gdy na nią spojrzałem, dostrzegłem w jej oczach żądzę mordu. Ta walka niewątpliwie sprawiała jej zabawę. Ja traktowałem to bardziej mechanicznie. Zabijanie nie sprawiało mi problemu większego, niż podtarcie się.
Drzwi do magazynu danych, były zamknięte kluczem 256 bitowym. Kiedyś nie dało by się go złamać. Dziś, aż tak niemożliwe to nie było, ale nie miałem odpowiedniego sprzętu, więc jedyne co mi zostało to poszukać kodu, choć możliwe, że pracownicy zamknęli drzwi na amen, protokołem zabezpieczającym.
Na szczęście nie zdążyli wprowadzić go w życie. Seria z Pioruna świetnie wybiła im to z głów. Dosłownie.
Gdy ja bawiłem się w otwieranie wrót, Ewa ciężko zaminowała korytarz z jednego kierunku, a drugi obstawiła lekko, zostawiając pole do ostrzału i drogi ucieczki. Nie było za bardzo innego sposobu. No chyba, że wyskoczyć przez okno, ale tego na razie, nie rozważałem jako możliwej drogi wyjścia z sytuacji. 
Gdy tylko wrota uchyliły się na tyle, ażebym mógł się przez nie przecisnąć, ruszyłem biegiem do głównego terminalu pamięci. W atrium Archiwum rozpoczęła się jatka. Najpierw potężna eksplozja wstrząsnęła większą częścią budynku, potem zaczęła się kanonada, co rusz przeplatana pomniejszymi eksplozjami. Ja za to wpuściłem robaka, który miał znaleźć witalne info, dla powodzenia reszty misji i możliwości jej trwania. Nie musiałem czekać zbyt długo. Jakieś 30 sekund później, robak znalazł to co mnie interesowało. Znalazłem także coś, co miało mnie później dość znacznie zaskoczyć. Odłączyłem dysk, schowałem go za pazuchę i ruszyłem wesprzeć Ewę w wymianie ognia. Gdy obejrzałem się na zachodnie skrzydło zobaczyłem, że korytarz był zawalony przez żelbetonową konstrukcję budynku. Obróciłem głowę w przeciwnym kierunku. Pełno trupów, większość rozerwana na sztuki, inni z pojedynczymi strzałami w głowie. Ewa oddawała po jednym, acz celnym strzale w kierunku nacierających. Tamci chowali się gdzie popadło i ostrzeliwali się jak tylko mogli. Powtórzyłem sposób Ewy, od czasu do czasu oddając krótką serię i rzucając przy okazji Ex 12.
- Mam co trzeba! Najwyższy czas stąd wypierdalać! – krzyknąłem do Ewy. Ta, jedynie kiwnęła głową, na potwierdzenie. Gdy tylko ruszyłem w stronę klatki schodowej, z jej drzwi wypadł na mnie Pretorian. Nim zdążył zrobić cokolwiek, uderzyłem rozwartą dłonią w nasadę jego nosa, wbijając mu go w mózg. Truchłem zasłoniłem się niczym żywą tarczą - po prawdzie żywa to już nie była - dobyłem Exitium i gdy tylko kolejni goście z klatki schodowej pojawili się w futrynie, dostawali ode mnie mały prezent w postaci ołowianego pocisku pędzącego w stronę ich czaszki. Na wszelki wypadek w drzwiach zaklinowałem odbezpieczony granat.
- Tędy nie da rady, musimy spierdalać w jakiś inny sposób! – Ewa kiwnęła w kierunku okna. „No masz. W końcu musiało do tego dojść stary.” Rzuciłem parę Ex 12 i Paraliż. Tych co przeżyli eksplozje, wystrzelaliśmy.  Ruszyliśmy biegiem tą odnogą korytarza, wyglądając przez okna dla najdogodniejszego miejsca, przez które można by wyskoczyć. W końcu takie dostrzegłem.
- Tutaj. Skaczemy na trzy. – strzeliłem w szkło kilka razy, a potem skasowałem je do końca butem. Pancerna szybka spadła parę pięter w dół, miażdżąc jakąś osobę. Mogłem tylko liczyć, że to jakiś Gwardzista. Z kierunku klatki schodowej, padły w naszym kierunku pojedyncze strzały. Z drugiej strony, słychać było tupot butów i krzyki.
- Gotowa? – Ewa kiwnęła głową żeby potwierdzić – To skaczemy. Raz, dwa, trzy! – rozpędziliśmy się i skoczyliśmy. Pod nami, trzy piętra niżej, znajdował się parking piętrowy. Liczyłem na to, że dolecimy chociaż do krawędzi budynku, ale poszło lepiej, niż myślałem. Wylądowaliśmy na samochodzie jakiegoś biednego łajdaka. Znaczy Ewa wylądowała, a ja na niej. Siła uderzenia naszych ciał nieźle wgniotła dach auta.
- Dobra panno czerwca, na glebę i detonuj. – powiedziałem, staczając się z dziewczyny i ledwo mogąc zaczerpnąć tchu. Ewa z wielką trudnością dobyła detonatora i nacisnęła spust. Eksplozja rozdarła powietrze. Ładunki termo baryczne i ogniwa wodorowe sprawiły, że niższe piętra odparowały razem, ze wszelką siła żywą, fala uderzeniowa wybiła wszystkie szyby w promieniu minimum kilometra, a zabiła wszystkie osoby, które były odkryte, w promieniu 100 metrów. Dziwiłem się, że nie zgarnęła nas przy okazji, ale co tam. Reszta Metropolii zapadła się jak domek z kart, dobijana jeszcze pojedynczymi eksplozjami instalacji gazowej i niewypałów naszych ładunków. Widok pokrzepiający serca ludzi, takich jak ja. Przepiękny.
Czym prędzej dosiedliśmy motocykli, które były zaparkowane na najniższym piętrze. Uciekając ostrzeliwaliśmy się co rusz, gdy jakiś z patroli próbował nas ustrzelić.
Gdy zbliżaliśmy się do punktu kontrolnego W-wy, dobyłem granatnik, uzbroiłem w pocisk SWARM i wystrzeliłem. Pocisk po chwili rozerwał się na malutkie strzałeczki, które powędrowały do celów, bezbłędnie w nie trafiając i rozrywając na sztuki. Wyjście było oczyszczone. Teraz czekała nas mordercza ucieczka przez pustynie, lasy i miasteczka. Dzięki tej akcji, staliśmy się wrogami numer 1, całego pieprzonego Kościoła Dystryktu Polska. Inkwizycja będzie miała niezły ubaw, jeśli nas pochwyci. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz